Blog Szachowy
Felietony i opinie

Dlaczego dorosły człowiek boi się szachów

O tym, dlaczego ludzie, którzy bez mrugnięcia prowadzą firmy i wychowują dzieci, bledną na widok szachownicy. Felieton o dziwnym, rozczulającym lęku.

Rafał Adamczyk · 4 min czytania ·

Dlaczego dorosły człowiek boi się szachów

Wyznam coś, czego raczej nie powinienem, bo psuje to legendę o mojej rzekomej wnikliwości znawcy ludzkich dusz. Otóż pewien mój znajomy, człowiek skądinąd nieustraszony, prowadzący dwie firmy, wychowujący trójkę dzieci i jeden jedyny raz w życiu, ale za to przed sześciuset osobami, wygłaszający referat bez zaglądania do notatek, na niewinną propozycję partii szachów zareagował tak, jakbym zaproponował mu publiczne czytanie własnych pamiętników, i to tych z liceum. Skulił się odrobinę. Spojrzał w bok. Wymamrotał coś o tym, że "kiedyś próbował, ale to nie dla niego", i ten ton, znam go aż za dobrze, bo sam go nieraz używałem przy dentyście, zdradził go z kretesem. Zapamiętałem tę scenę, bo było w niej coś rozczulającego i absurdalnego naraz. Oto dorosły, kompetentny, w bojach zaprawiony mężczyzna, którego nie przeraża ani urząd skarbowy, ani trzylatek o trzeciej nad ranem, dostaje lekkiego dreszczu na widok sześćdziesięciu czterech pól pomalowanych na dwa kolory. Bo, powiedzmy to sobie szczerze, jest się czego bać.

Długo dłubałem w tej zagadce, dłużej niż wypada przyznać, aż doszedłem do wniosku banalnie prostego. Szachy są jedną z niewielu gier, w których nie ma się gdzie schować. W kartach zawsze możesz zwalić wszystko na to, że nie szła ci karta, w piłce jest kolega, który zepsuł akcję, w totka przegrywają wszyscy oprócz jednego szczęściarza, więc twoja przegrana nie mówi o tobie zgoła nic. Przy szachownicy jesteś sam. Nie ma kart, kostek, sędziego od spalonych ani litościwej fortuny, która rozdaje dary po równo, jak ciotka cukierki na imieninach. Jest tylko twój umysł kontra cudzy umysł, w pełnym świetle, bez parawanu. A to perspektywa, od której niejednemu robi się słabo.

Lustro, w które nie chcemy patrzeć

Bo szachy, jak mało co, obnażają. I nie idzie tu nawet o inteligencję, choć większość ludzi boi się właśnie tego, że przy szachownicy wyjdzie na jaw, iż są głupsi, niż im się wydawało przez całe dotychczasowe, ułożone życie. Idzie o coś subtelniejszego, i gorszego. Szachy pokazują, czy potrafisz przewidywać konsekwencje, czy jesteś cierpliwy, czy panujesz nad sobą, gdy plan bierze w łeb, czy umiesz przyznać się do błędu, gdy ruch okazał się fatalny w skutkach i w smaku. A to są cechy charakteru, nie tylko sprawności mózgu, i właśnie dlatego porażka boli tu podwójnie. Przegrałeś nie dlatego, że nie miałeś szczęścia, tylko dlatego, że byłeś niecierpliwy, zachłanny albo po prostu nieuważny. Trudno o gorszą diagnozę dla człowieka, który całe życie wmawia sobie, że tych wad u niego nie uświadczysz.

Pamiętam pewnego ucznia, dorosłego już pana po pięćdziesiątce, którego skądinąd polubiłem, a który przyszedł na lekcję z miną kogoś, kto idzie wyrwać sobie ząb. Po pierwszej przegranej partii powiedział zdanie, które noszę w sobie do dziś. "Wie pan, ja całe życie myślałem, że jestem cierpliwy, a okazuje się, że nie wytrzymuję nawet pięciu ruchów, żeby się nie rzucić do ataku." Roześmialiśmy się oboje, ale w tym śmiechu było coś z ulgi spowiedzi. On się czegoś o sobie dowiedział. I, co ważniejsze, przeżył to.

Strach przed nauką od zera

Jest jeszcze jeden powód, dla którego dorośli boją się szachów, i jest on może najbardziej ludzki ze wszystkich, bo dotyka rany, którą każdy z nas nosi pod marynarką. Dorosły człowiek nie znosi być początkującym. Dziecko uczy się jeździć na rowerze, dmie w flet, przewraca się na lodzie z radosną bezczelnością, bo dla niego bycie kiepskim w czymś jest stanem rzeczy najnaturalniejszym pod słońcem. Dorosły zbudował sobie tymczasem tożsamość kompetentnego specjalisty i boi się panicznie tej chwili, w której znów będzie nieporadny, w której ktoś, choćby i dziesięciolatek, zobaczy, że nie wie, jak chodzi skoczek. To upokarzające. Zawiązać krawat, podpisać umowę handlową, a potem siąść do gry i przegrać z gówniarzem, który ledwo sięga stopami do podłogi.

A przecież, i tu jest cała sól tej historii, to jest dokładnie ten moment, w którym zaczyna się prawdziwa nauka. I nie tylko ta szachowa. Sokrates, jak głosi legenda, twierdził, że wie jedynie tyle, iż nic nie wie, i z tej właśnie pokory, nie z mądrości, zbudował filozofię, która przeżyła dwadzieścia pięć stuleci i mnie zapewne też przeżyje. Szachownica jest takim małym sokratejskim placem boju, miejscem, gdzie codziennie dowiadujemy się, ile jeszcze przed nami.

Memu nieustraszonemu znajomemu od dwóch firm i sześciuset słuchaczy w końcu postawiłem szachownicę na stole, bez pytania, bo o pewne rzeczy nie wolno pytać, trzeba je po prostu uczynić. Zagraliśmy. Przegrał, rzecz jasna, ze mną akurat nietrudno. Ale po partii siedział jeszcze długo, patrząc na figury w smudze lampy, i powiedział tylko jedno słowo. "Jeszcze raz." I wtedy pomyślałem sobie, że może wcale nie boimy się szachów. Boimy się tego, że one mówią prawdę. A prawda, gdy się ją w końcu polubi, okazuje się znośniejsza, niż się wydawało. Zwłaszcza gdy można poprosić o rewanż.