Cierpliwość, której nikt już nie chce, czyli szachy w czasach TikToka
O grze, która każe czekać i myśleć, w świecie mierzącym uwagę w sekundach. Felieton o cierpliwości, tym gatunku zagrożonym wyginięciem, którego skądinąd lubię najbardziej.
Siedzimy z moim siostrzeńcem, lat dziewięć, przy stole, na którym leży telefon i przegrana, jak się za chwilę okaże, ze mną partia szachów, a chłopiec, zanim jeszcze padło słowo o królewskiej grze, przewija na tym telefonie filmiki z prędkością, która przyprawiłaby o zawrót głowy zawodowego krupiera tasującego talię w kasynie, gdzie skądinąd, dla porządku zaznaczam, nigdy w życiu nie byłem. Każdy klip trwa kilkanaście sekund, a jeśli w tym czasie nie wydarzy się coś spektakularnego, kciuk już sunie dalej, ku następnej obietnicy. Obserwowałem go przez dłuższą chwilę i naliczyłem, z grubsza, że w ciągu jednej minuty jego mózg odwiedził cztery różne światy, porzucił trzy z nich i nie zapamiętał żadnego. A potem ten sam chłopiec usiadł nad szachownicą i stała się rzecz, która mnie, starego niedowiarka, zdumiała. Zamilkł. Znieruchomiał. Patrzył na planszę przez dobre dwie minuty, zanim wykonał ruch. Dwie minuty. W jego skali czasowej cała epoka geologiczna.
Wspominam o tym, bo wokół szachów narosła ostatnio teoria, którą uważam za przedwczesny nekrolog spisany przez kogoś, kto nigdy nie usiadł nad planszą dłużej niż na fotografię. Mówi ona mniej więcej tak. Żyjemy w świecie skróconej uwagi, dzieci nie wytrzymują dłużej niż osiem sekund, a więc gra, która każe siedzieć w bezruchu i godzinami przesuwać drewienka, jest skazana na muzeum, gdzieś między haftem krzyżykowym a pisaniem listów piórem. Brzmi logicznie. I jest kompletnie błędne.
Głód, którego nie zaspokoi przewijanie
Bo prawda jest taka, że szachy nie tyle walczą z kulturą pośpiechu, co ją uzupełniają, niczym antidotum na truciznę, którą sami sobie codziennie aplikujemy z miną kogoś, kto wie, co robi. Człowiek karmiony przez cały dzień strzępkami, fragmentami, błyskami, w pewnym momencie zaczyna odczuwać głód czegoś, co ma początek, środek i koniec, co wymaga skupienia i to skupienie wynagradza sensem. To jak z jedzeniem. Można żyć na batonikach i chrupkach, bo dostarczają natychmiastowego zastrzyku przyjemności, ale po tygodniu takiej diety organizm zaczyna domagać się normalnego obiadu, i ma w tym, dodajmy, całkowitą rację. Szachy są takim obiadem dla umysłu. Sycą wolno, ale na długo.
I tu zaczyna się paradoks, którego prorocy końca cierpliwości jakoś nie dostrzegają, zajęci pewnie przewijaniem własnych proroctw. Szachy nigdy nie miały tylu graczy, co dziś. Platformy internetowe liczą ich w milionach, transmisje z wielkich turniejów ogląda więcej ludzi niż niejeden mecz drugiej ligi, a pewien serial o szachach swego czasu rozkochał w grze całe pokolenie, które wcześniej, powiedzmy to sobie szczerze, nie odróżniało gońca od wieży. Coś tu nie gra z teorią o wymieraniu. Wygląda raczej na to, że im szybszy staje się świat, tym mocniej tęsknimy za czymś, co każe nam zwolnić. Cisza stała się towarem luksusowym. Skupienie zaś umiejętnością tak rzadką, że niemal egzotyczną, jak znajomość łaciny czy sztuka cierpliwego czekania na list, który przyjdzie pocztą.
Czego uczy zegar szachowy
Jest w szachach przedmiot, który dla mnie streszcza cały ten spór, a streszcza go lepiej niż niejeden uczony traktat o uwadze. To zegar szachowy. Z pozoru wróg cierpliwości, bo odlicza, popędza, karze za zwłokę z surowością poborcy podatkowego. Ale ten, kto kiedykolwiek grał z zegarem, wie, że uczy on rzeczy zgoła odwrotnej, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Uczy gospodarowania uwagą. Pokazuje, że czas jest zasobem skończonym, że nie wolno go roztrwonić na bzdury, bo zabraknie na decyzję, która naprawdę się liczy. Innymi słowy, zegar szachowy uczy dokładnie tego, czego nie nauczy nieskończona taśma filmików, gdzie czasu jest pozornie bez końca, a w istocie przecieka on przez palce do ostatniej kropli, i to tym szybciej, im mocniej zaciskamy dłoń.
Niejeden rodzic pyta mnie, czy w epoce ekranów ma w ogóle sens posyłać dziecko na szachy. Odpowiadam zawsze tak samo. Właśnie teraz ma to sens największy z możliwych, bo szachy są jednym z ostatnich miejsc, gdzie dziecko uczy się, że nagroda nie zawsze przychodzi w ciągu ośmiu sekund, że czasem trzeba pomyśleć, poczekać, znieść napięcie, a satysfakcja przyjdzie później i będzie tym większa, im dłużej się na nią pracowało. To nie jest lekcja o szachach. To jest lekcja o życiu, przemycona pod pozorem gry, a najlepsze lekcje życia, jak wiadomo, zawsze przychodzą w przebraniu.
Mój siostrzeniec po owej pamiętnej partii odłożył telefon na stół ekranem do dołu, czego nie robi nigdy, przenigdy, i zapytał, czy następnym razem nauczę go jakiegoś nowego "triku" na początek. Odpowiedziałem, że nie ma żadnych trików, jest tylko myślenie, ruch po ruchu, krok po kroku, i że tej akurat prawdy żaden algorytm mu nie podsunie między jednym a drugim filmikiem. Spojrzał na mnie z lekkim rozczarowaniem, jak ktoś, komu odebrano skrót. A potem, po chwili, dodał coś, co dało mi nadzieję nie na niego, ale na całe pokolenie. "To może być nawet ciekawsze." Tak, drogi chłopcze. Może być. I prawie zawsze jest.