Zapach sali, czyli czego online nigdy nam nie odda
Felieton o turniejach z dzieciństwa, kanapkach w foliowej torebce i tym jednym zapachu starej sali, którego żaden ekran nie potrafi przekazać, choćby bardzo chciał.
Powiadają, że pamięć mieszka w nosie, że żaden obraz ani dźwięk nie cofa nas w czasie tak gwałtownie jak zapach, i ja, który długo uważałem to za ładną przesadę poetów, niedawno musiałem przyznać im rację. Bo jest taki zapach, którego nie da się opisać komuś, kto go nie zna, a który dla każdego, kto choć raz w dzieciństwie grał w turnieju, jest natychmiast rozpoznawalny jak głos matki. To zapach sali turniejowej. Mieszanka starego parkietu, kawy z termosu, kanapek wyjętych z foliowej torebki, lekkiej woni potu skupienia i czegoś nieuchwytnego, co nazwałbym (świadom, że brzmi to absurdalnie) wonią drewnianych figur. Wspominam o tym dlatego, że niedawno, przy okazji pewnego turnieju, wszedłem do sali w wiekowej szkole, gdzie czas zatrzymał się jakoś tak w połowie poprzedniej epoki, i ten zapach uderzył mnie z taką siłą, że na moment poczułem się znów jak ośmiolatek z numerem startowym przypiętym do swetra.
A potem pomyślałem o moim siostrzeńcu i jego rówieśnikach, którzy grają tysiące partii, nie wstając z fotela, i zrobiło mi się ich, przyznam, odrobinę żal. Nie dlatego, że gra przez internet jest gorsza, broń Boże, to wspaniała rzecz, demokratyzująca szachy jak nic w historii, dająca dzieciakowi z najmniejszej wsi możliwość zmierzenia się z kimś z drugiego końca świata. Tylko że internet, przy całej swojej cudowności, nie ma zapachu. Nie ma drżenia ręki przeciwnika sięgającej po figurę. Nie ma tej jednej chwili, gdy podnosisz wzrok znad szachownicy i widzisz twarz człowieka, z którym właśnie toczysz cichą, kulturalną wojnę.
Wojna na uśmiechy i milczenie
Bo szachy przy planszy to nie tylko gra, to spotkanie dwóch ludzi, a spotkanie ma swoją całą, bogatą choreografię, której ekran nigdy nie odda. Jest podanie ręki przed partią, gest tak stary i tak piękny, że niemal rytualny, mówiący "będziemy walczyć, ale jak dżentelmeni". Jest sposób, w jaki przeciwnik stawia figury (ostrożnie albo z hukiem, nerwowo albo z lodowatym spokojem), i z tego jednego gestu dowiadujesz się o nim więcej niż z godziny rozmowy. Jest moment, gdy ktoś poprawia króla, mówiąc "j'adoube", a ty wiesz, że to znaczy, iż nie zamierza tym ruchem grać. Cała ta etykieta, ten teatr w miniaturze, znika bez śladu, gdy między dwoma graczami staje warstwa szkła i tysiąc kilometrów światłowodu.
Pamiętam pewnego przeciwnika z dzieciństwa, chłopca, którego imienia nie pomnę, ale pamiętam, że gdy zorientował się, że przegrywa, zaczął cichutko nucić jakąś melodię, kompletnie nieświadomy, że to robi. To był jego tik, jego sposób na ukrycie nerwów. Nauczyłem się go słuchać i ilekroć zaczynał nucić, wiedziałem, że jestem na dobrej drodze. Czy da się nucić przez internet? Pewnie tak, tylko że nikt tego nie usłyszy, a więc cała ta ludzka komedia rozgrywa się w pustkę, niezauważona, jak żart opowiedziany w pustym pokoju.
Kanapki, których nikt już nie pakuje
Nie chcę tu jednak popaść w łatwą nostalgię starszego pana, który narzeka, że za jego czasów trawa była bardziej zielona. Wiem, że pamięć to oszust, który wygładza kanty i dorabia złotą poświatę nawet do najnudniejszych popołudni. Te turnieje z dzieciństwa wcale nie były rajem. Bywało zimno, sala bywała ponura, a kanapki z serem żółtym po pięciu godzinach miały konsystencję podeszwy. Przegrywało się, płakało w toalecie, żeby nikt nie widział, i wracało do domu pociągiem z poczuciem końca świata, które trwało dokładnie do następnego śniadania.
A jednak. Jednak było w tym coś, co ukształtowało we mnie człowieka bardziej niż niejedna lekcja w szkole. Było uczenie się przegrywania z twarzą, podawania ręki temu, kto cię właśnie pokonał, czekania na swoją rundę, znoszenia napięcia w ciele, a nie tylko w głowie. Online tego wszystkiego jest mniej, bo zawsze można zamknąć kartę, wyłączyć ekran, zniknąć bez słowa, gdy idzie kiepsko. Przy stoliku nie da się zniknąć. Trzeba dograć, podać rękę i spojrzeć w oczy. Czy to jest jeszcze tylko gra, czy może już pierwsza, cichutka próba dorosłości, podana dziecku w przebraniu zabawy? Tego rozstrzygać sobie jednak daruję.
Wyszedłem z tamtej wiekowej sali, gdy zapadał już zmierzch, i przez chwilę stałem na schodach, wdychając ostatni raz tamten zapach. Pomyślałem, że trzeba koniecznie zabrać kiedyś siostrzeńca na prawdziwy turniej, posadzić go przy stoliku, dać mu poczuć drżenie ręki przeciwnika i smak kanapki z foliowej torebki. Niech narzeka, że woli internet. Niech przegra i zapłacze w toalecie. A potem, za trzydzieści lat, niech wejdzie do jakiejś starej sali, poczuje ten zapach i zrozumie, co dostał. Nie powiem mu tego wprost, bo takich rzeczy się nie mówi, zostawię go z tym sam na sam. To najlepszy prezent, jaki mogę mu dać: pachnie starym parkietem i przegranymi partiami, a wart jest więcej niż złoto.